RSS
 

Zaćpany ten nasz naród…

10 mar

Czyli rzecz będzie o uzależnieniu od leków. I to bynajmniej nie mówię o lekach na receptę – o nie! Ale od początku.

Oglądałam ostatnio telewizornię, a w niej trafił mi się blok reklamowy. Jako, że pilot leżał poza zasięgiem moich łapek, a tyłek przyrósł do kanapy, obejrzałam ten blok. Mniej więcej na 10 reklam 8 to były reklamy suplementów diety i środków przeciwbólowych. Same cud-produkty: na odchudzanie, na spanie, na nadmierny apetyt, na brak apetytu, na energię, na zakwaszenie organizmu, na wątrobę, na serce, na oczy… ba nawet jeden jako rozpałka do grilla się sprawdzi, bo pomaga, kiedy konar nie chce zapłonąć. I wmawiają tym człowiekom, że potrzebne im to do szczęścia i życia… ba nawet niezbędne. Oczywiście nasilenie reklam i zróżnicowanie produktów zleży od mody.
I tak w tym sezonie najmodniejsza jest wit.D (jak ja przeżyłam tyle lat bez meltików??), wspomniana „rozpałka”, „zakwaszenie organizmu” (które ponoć właściwie nie istnieje, a przynajmniej żaden lekarz jak żyje o tym nie słyszał… no przynajmniej taki po medycynie).
Mnie osobiście, ze względów bardzo prywatnych, niezmiennie urzekają „leki obniżające poziom cukru” – czyli morwy, insulany i inne tego typu wynalazki. Oj jak ja kocham je zwalczać.
Ale wracając do tematu: suplementy diety kupujemy ponoć na tony, środki przeciwbólowe również – bezmyślnie, bezrefleksyjnie, idiotycznie. Kupujemy tabletki na wszystko. Co gorsza – łykamy je w ilościach hurtowych… rujnując nasze zdrowie.  I wmawiamy sobie, że to dla zdrowia.
W sklepach teraz jest wszystko: warzywa, owoce, czekolada, otręby, płatki owsiane, chlebek ziarnisty – ja wiem, że sporo z tego jest mało eko, ale i tak gwarantuję, że rozwala wątrobę mniej niż 3 garście tabletek dziennie. A w zielonych warzywach mamy żelazo i wit. C (więcej w natce pietruszki niż w cytrynie na przykład), w czekoladzie magnez (uwielbiam suplementować magnez), w otrębach, platkach, chlebku błonnik (i taaak – wcale nie trzeba go łykać w tabletkach), w rybach cynk i selen, a w tłustych kwasy omega… wszystko to, za co ciężkie pieniądze płacimy w aptekach… i po co?

Pozostałe dwie reklamy ze wspomnianego bloku to były podpaski i płyn do mycia toalet – no tak, przecież obiad jadłam …

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Grupy wsparcia a grupy interesów…

09 mar

Od dłuższego już czasu funkcjonuję sobie w różnych fejsbukowych grupach. Zaczęło się od tematycznej – związanej z moją „przypadłością” i poszło potem lawinowo. Nie we wszystkich się udzielam równo, nie wszystkie są dla mnie tak samo ważne, ale kilka ich jest.
Jest to swego rodzaju fenomen – wszak wiadomo: „w kupie raźniej”, a internet zdecydowanie zmniejsza odległości. Grupy zrzeszają ludzi o podobnych problemach lub pasjach, ale ludzie to ludzie i okazuje się, że nawet jak problem mają teoretycznie ten sam, to w praktyce ten mój własny problem i tak jest większy i poważniejszy od problemów innych… i nie daj Boże, żeby ktoś się z tym nie zgodził.
Notorycznie dochodzi do wojen – mniej lub bardziej gwałtownych: okazuje się, że tam, gdzie w grę wchodzą nasze jakieś (bardzo szroko pojęte) interesy, z reguły kończy się wsparcie. I tym sposobem mamy wojny o refundacje (co komu, ile i dlaczego?), o orzeczenia (na ile, za ile, które punkty i dlaczego nie?), o renty (bo przecież też się należą)… a nawet o to, kiedy można uznać, że dziecko jest choć trochę samodzielne. Wojny toczą się „do krwi ostatniej” i z całkiem przyzwoitych kulturalnych dyskusji przeradzają się w pyskówki, obrzucanie obelgami, nawet nakładaniem klątw – niby dorośli i bardzo dorośli ludzie, a zachowują się jak dzieci wczesnoszkolne…. a może dużo gorzej…
Nie tylko o problemy można się pokłócić – bo przecież mój talent, moja pasja i moje ich wykorzystanie jest naj naj naj – i wolno przecież docenić, ale Panie Boże broń skrytykować. Bo co Ty tam wiesz…o gotowaniu… zdjęciach… czymkolwiek bo ja mogę wrzucać zdjęcia mielonych po 100 000 razy a Ty linki do swojego bloga trzymaj dla siebie, bo ja mogę garnkami handlować ale Ty siedź cicho i już! Bo tak!
A tak swoją drogą – strasznie te lokale w Wawie muszą być drogie, skoro żeby raz w miesiącu zorganizować spotkanie „grupy wsparcia” trzeba wszystkich chętnych skasować po 80zł … no chyba, że tu o wspieranie organizatorek chodzi?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O braku myślenia już było…

04 mar

… to dzisiaj będzie o braku wyobraźni. Na fali moich przygód z inspiracjami kulinarnymi głównie o braku wyobraźni w gotowaniu.

Ostatnio na grupie, skądinąd bardzo sympatycznej, traktującej o gotowaniu i, co lepsze, o lubieniu gotowania, odnajduję wpisy w rodzaju „czy zna ktoś przepis na masło?”, „z czym oprócz ziemniaków można podać rybę?”, „jaki jest przepis na zupę cebulową bez alkoholu?” albo „prosty przepis na surówkę z kiszonej kapusty”. Nic bym nie powiedziała może gdyby w tej grupie nie było w nazwie „bo lubię”. To jak to? Lubię a nie wiem? Nie wiem, że rybę można podać ze wszystkim? (nawet z „ościami”), że masło robimy ze śmietany (jakiej? ech…) a do kiszonej kapusty ciut cebuli wystarczy? Że jak czegoś nam w domu brakuje to zastępujemy czymkolwiek innym i patrzymy co wychodzi? No tak – ale do tego trzeba ciut wyobraźni.

Świat nasz przepiękny sprowadził życie do obrazków i gotowców. Są świetne – otwierasz pudełko, paczkę, internet – i masz. Przestaje się od nas wymagać myślenia, rozsądku, własnego zdania i kreatywności. Jesteśmy tu i teraz, łapiemy chwilę – tylko jakoś tak dziwnie bezrefleksyjnie. Nie interesuje nas co będzie dalej. Bo i po co? Wszystko mamy w zasięgu ręki i wystarczy „dolać wody”. Bez myślenia. Tylko nagle jak nam prąd odetną to się dramat robi, bo nie wiemy do czego kartka i długopis służą, albo książka kucharska, albo mózg. Mózg w ogóle stał się zbędny. Bo po co się zastanawiać, skoro wystarczy spytać wszechwiedzący internet?

Co do masła, surówki i innych takich – mnie taką wiedzę przekazywały Mama, Babcia, Ciotki, nawet Tata i Dziadek – bo gotowałam z nimi jako dzieciak niewielki. Zwykle kreatywnie, bo zwykle czegoś akurat brakowało i trzeba było coś innego wykombinować. I to było fajne, dobre, ciepłe, rozwijające. Czy to, że trafiam na takie pytania oznacza, że ludzie nie żyją już rodzinnie? Nie uczą dzieci? Nie pomagają im? Te pytania zadają osoby mniej więcej w moim wieku, może trochę młodsze i to mnie zastanawia. Czy moja rodzina była faktycznie aż tak wyjątkowa? Jeśli tak to mam wyjątkowe szczęście.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przeintelektualizowana popkultura

03 mar

…. czyli dlaczego przestałam kochać Bonda i Batmana. Fanką Bonda i filmów komiksowych jestem od zawsze… a może jeszcze dłużej? Uwielbiam absurd, humor i dystans. Bonda jako niepoprawnego uwodziciela, pozbawionego skrupułów i … no coż… wyższych uczuć (poza niezachwianym patriotyzmem rzecz jasna). Idiotyczne gadżety, piękne samochody, przejażdżki czołgiem w smokingu. To jest Bond.

Lubię Spidermana – tego kreskówkowego, pełnego dystansu, autoironii i humoru. Młodego, pełnego życia i po prostu zabawnego.

Lubię Batmana – zblazowanego miliardera, w nocy walczącego z demonami mrocznego Gotham City – zaludnionego przez najdziewniejsze z możliwych stwory. Zwariowane, odrealnione, dziwne – w  każdym chyba tego słowa znaczeniu. Mało ludzkie i realne.

Tak było do pewnego czasu. Ostatnio mamy zalew uczłowieczonych bohaterów. Niestety. Oczywiście nie twierdzę, że bohaterowie filmów nie powinni mieć cech ludzkich. Oczywiście, że mogą. Dlaczego nie? Ale na litość – wymyślcie sobie nowych. Zostawcie w spokoju Bonda i nie każcie mu przeżywać wzniosłych ludzkich uczuć, skoro przez całe życie był maszynką do, za przeproszeniem, bzykania i zabijania. Spocony Bond, przeżywający każdą podjętą decyzję? Takiemu mówię zdecydowane NIE.
Wspaniała wersja Batmana – z „czarnymi charaterami” z „trudną przeszłością”, „traumą” czymś tam jeszcze – zamiast zwykłych, normalnych, wrednych psychopatów. Tych psychopatów, którzy mieli swój urok. Paskudny a jednak.
I wreszcie Spider-Man – ten o twarzy Maguire’a. Dramat. Przestał być marvelowską rozrywką – stał się miauczącym, niedorobionym nastolatkiem, któremu nic w życiu nie wychodzi, a który zamiast sobie zacząć z czymś radzić krzywi się na granicy łez do lustra. Okropne. Przy czym Spider-Mana uratowano – powstały nowe filmy, bliższe temu, co lubię.

Wiem, że się czepiam, ale prawda jest taka, że jak idę na Bonda, Batmana czy Spider-Mana to chcę określonej rozrywki. Bardzo konkretnego typu. Nie chcę przeżywać wzniosłych ludzkich uczuć, nad którymi będę mogła dyskutować zawzięcie przy niszowym piwie w jakimś jazz-clubie z Panem z Brodą w plastikowych brelkach. Chcę strzelanin, seksu i przystojniaków. Chcę Q z jego wynalazkami, Alfreda z jego stoickim spokojem i Petera Parkera z jego zgryźliwym poczuciem humoru. Zamiast tego dostałam wymoczków, mięczaków i mazgajów. I słowo daję – tego nie kupuję. A jak będę chciała obejrzeć coś „wartościowego intelektualnie” to włączę sobie „Kotkę”, „Tramwaj” albo „Zabić drozda”… i pooglądam, i wtedy możemy pogadać o metaforach i paralelelach. A nie przy Bondzie i komiksach.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Przed ślubem kobieta myśli, że jej mąż się zmieni, a mężczyzna, że żona zawsze pozostanie taka sama – po ślubie oboje są gorzko rozczarowani.”

03 mar

Dobierając się w pary mamy jakąś wizję idealnego związku. Ja będę taka/taki on/a będzie zachowywać się w ten sposób. Tak ma być i już. Najczęściej nie przychodzi nam do głowy podzielić się tą naszą wizją z partnerem, bo i po co? Przecież właśnie tak sobie wymyśliliśmy, więc tak będzie IDEALNIE i właśnie do tego będziemy dążyć  - choćby po trupach. Jakoś nie przychodzi nam do głowy, że ta druga strona też ma swoje równie IDEALNE wyobrażenie tego kim w relacji będzie i jaką rolę przewiduje dla drugiej strony. No i zaczyna się dramat.

Na początku jest pięknie. Trzymamy się za łapki, patrzymy w oczka i pijemy z dzióbków – taaacy jesteśmy przecież zakochani. Wierzymy, że przez cały czas i zawsze będzie tak pięknie i idealnie. No więc nie będzie. Bo w pewnym momencie nasza skłonność do ustępstw pewnie się zmniejszy, zaczniemy szukać w tym związku tego swojego miejsca: na swoje pasje, dziwactwa, wizje. Pół biedy jeszcze jeśli obie strony robią to w miarę równolegle i akceptując się wzajemnie. Gorzej jeśli nie. Zaczyna się walka – bezpardonowa, ostra i bolesna. Bo przecież moja wizja jest lepsza od Twojej. Choćby dlatego, że jest MOJA. I niech mi ktoś powie, że z własnego związku tego nie zna to go wyśmieję – i już.

Najbardziej przykre jest to, że bardzo często jest tak, że to właśnie te cechy, w których się zakochujemy później irytują nas najbardziej. Facet poznaje fajną dziewczynę: ambitną, inteligentną, pełną pasji – ale w domu wolałby kurkę, która będzie potakiwać, spędzać czas tylko z nim i tylko w jego oczka się wpatrywać. Kobieta poznaje mężczyznę: cud-facet. Przystojny, wygadany, uprzejmy, lubiany i towarzyski. A potem umiera z zazdrości, bo on dalej jest taki jaki był… Dziwne stworzenia te człowieki.

W ramach wojny próbujemy sobie z tym poradzić – na różne sposoby. Są metody siłowe – szarpiemy się, wrzeszczymy, kłócimy i obrzucamy wyzwiskami. Staramy się na siłę przeforsować jedyną słuszną (NASZĄ) rację. Cierpimy na tym my, cierpią nasi bliscy, partner – nic fajnego.
Jest metoda ślimaka – wycofać się w skorupkę. W sumie niezła, bo eliminuje tarcia, iskrzenia, awantury. Stajemy się tym, co chce widzieć – manekinem. Taką wydmuszką – bez własnego zdania, woli, poglądów. Pasję odpuszczamy albo ukrywamy gdzieś bardzo głęboko. Nie poruszamy trudnych tematów, unikamy konfrontacji. Fajnie? Beznadziejnie. Powoduje frustrację, depresję i załamania nerwowe… do tego prowadzi do mocno nieprzewidywalnych, niekiedy ryzykownych zachowań. A jak skorupka pęknie to może poranić dotkliwie – wszystkich dokoła.
Metoda najrozsądniejsza – dojrzeć do zaakceptowania siebie i partnera. Wypracowanie wspólnej wizji, wspólnego ideału, wspólnych celów i sposobów. Dyskusje nawet gwałtowne są lepsze od ciszy, pod warunkiem, że kończą się wyciągnięciem wniosków. Mądrzę się, prawda? Oczywiście, że tak. Bo jakkolwiek napisać coś takiego jest banalnie łatwo i doprawdy nie trzeba do tego jakiegoś wybitnego wykształcenia, to zrealizować jest trudno. Bardzo trudno – ja jeszcze nie umiem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dwa jednego dnia? Płodna się zrobiłam…

02 mar

Ale ale – przecież miało być o czymś, to będzie. Właśnie mnie oświeciło czego może dotyczyć mniej poważny dzisiejszy post: gotowania. No bo przecież gotować każdy może a pisać o tym to wręcz każdy powinien. Wczoraj zwiedzając (z nudów i konieczności, acz z przyjemnością) jedną z sieciowych księgarni (słynącą z beznadziejnej obsługi, ale o tym nie będę się rozpisywać, bo akurat wczoraj nic nie musiałam tam kupić… oj a jest to zwykle zadanie z przygodami – jak w przyszłym tygodniu udam się po prezent dla Tatunia, to może opiszę… a może nie), ujrzałam książkę o gotowaniu/jedzeniu napisaną przez osławionego guru od przetrwania w każdych warunkach (przyznam się szczerze – stchórzyłam i nie zajrzałam do środka – bałam się przepisu na pieczyste z własnej nogi albo czegoś równie sympatycznego). Teraz o jedzeniu pisze każdy. Szczególnie o „ZDROWYM” jedzeniu: tym sposobem zaroiło się w internetach od przepisów na „zdrowe,bezmleczne, bezcukrowe, bezglutenowe, bezsmakowe (zaraz – tu przesadzam, prawda?) ciasta” z: brukselki, cukinii, fasoli, buraków, kaszy jaglanej, płatków owsianych….etc. Nie daj Boże przyznać się przed światem, że zjadło się parówkę (ty wiesz ile w tym chemii?!), ciasto na normalnej mące, z uczciwym masłem i zwykłym białym cukrem (umrzesz w męczarniach już natentychmiast!) ) (i taak – piszę to jako świadomy swego losu i powinności cukrzyk) tudzież bułkę kajzerkę z bierdonki albo innego marketa (TY WIESZ CO W TYM JEST?!!)… i tak dalej i tak dalej – powoli zaczyna przypominać to terroryzm, fanatyzm i inne izmy. Bo teraz dzień należy zacząć od smuti z jarmużu z awokado i zielonym pietruszkiem, na obiad obowiązkowo szczęśliwie dożywająca swoich dni w oceanie rybka ugotowana (a jakże!) na parze (świeża! mrożone to zło!)  z kinołą (czy czymś tam, co jest zdaje się kaszą i kosztuje zdaje się jakieś 100zł za 2kg), na podwieczorek KONIECZNIE kisielek z nasionek kija? szija? no nie ważne – coś tam z szałwią ma wspólnego. No ok – ja wszystko rozumiem – nawet to, że komuś te całe szije i koktajle z jarmużu mogą smakować (mnie jarmuż na surowo nie kręci – gorzki jakiś), ale nie dajmy się zwariować. Odżywiać się staram zdrowo, a może nawet nie tyle zdrowo, co racjonalnie – zgodnie z tym, czego domaga się mój organizm…i portfel … i jak się organizm dopomina pizzy, parówki i kajzerki to dostanie… Mało tego – niech mnie wyklną ale i tak będę się do tego przyznawać …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak ja nie lubię jak ktoś ma rację…

02 mar

… szczególnie na mój temat. Szczególnie taką rację, której sama sobie nie wymyśliłam, szczególnie takiej, do której wcale nie mam ochoty się przyznawać. Bo to jest tak: że jestem miła, dobra, kochana, cudowna, ciut pokręcona i w ogóle do uwielbiania – to wolno każdemu myśleć. Oczywiście. Niby dlaczego nie? Podoba mi się to nawet. Gorzej jak ktoś powie coś, nad czym najpierw muszę się zastanowić, a potem zgodzić. O jak niechętnie się zgodzić. Bo cały dowcip polega na tym, że ja nie lubię mieć słabości. Nienawidzę sobie z czymś nie radzić albo czegoś się bać. Oj jakie to paskudne. To przecież nie ja – ja jestem … doskonała, nie? Taak jakby to już gdzieś było: i niedawno i dawniej – co? Mnie ktoś krzywdzi? Mnie ktoś skrzywdził? Ktoś zostawił rany i blizny? Takie, które jeszcze nie całkiem się zagoiły? „Potrzebujesz czasu, żeby odzyskać poczucie bezpieczeństwa…” No tak – tylko, że ja nienawidzę rozwiązań wymagających czasu. Ja bardzo ale to bardzo bym chciała być normalna JUŻ – w sensie, że teraz i natychmiast. I  mój mózg to wie, tylko ni diabła się z tym zgodzić nie chce. A ja? Nieufna, podejrzliwa i zestresowana – bo na wyleczenie ran trzeba czasu… mimo najszczerszych chęci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W pułapce (nie)doskonałości

21 lut

Z okazji walentynków byliśmy w kinie na bardzo romantycznej komedii „Deadpool”. Niezorientowanym w temacie spieszę donieść, iż główny bohater po serii fascynujących eksperymentów staje się odrobinę mniej ładny niż na początku filmu. I generalnie przez prawie całą resztę filmu schodzi z drogi ukochanej, żeby jej się na oczy nie pokazać. Bo nie jest śliczny.
Patrzymy w często w krzywe zwierciadła – takie, które ukazują tylko to, że nie dorastamy to czyiś wymagań. Co gorsza to są nasze własne wymagania. Wydaje się, że na miłość trzeba zasłużyć: być tym pięknym, idealnym, błyskotliwym, żywiołowym – doskonałym po prostu.
Kilka przykładów – i to tylko z ostatnich dni, więc mamy:
1. Młodą mężatkę, która bardzo bardzo chciała być bardzo idealna. Za żadne skarby nie potrafiła sprostać wymaganiom. Wymagania były tak postaiwone, żeby nie dało się im sprostać, były nierealistyczne, ale myślała, że jak będzie bardzo bardzo grzeczna to zasłuży sobie na miłość męża… no cóż – zasłużyła na poszturchiwanie, poniżanie i takie tam „przyjemności”. Ciągle żyjąc nie swoim życiem, sprzecznym z tym, kim była nie dość, że nie uratowała małżeństwa to jeszcze wpędziła się w różnorodne problemy… I przestała umieć spojrzeć sobie w twarz – bo w lustrze widziała obcą osobę, której tak naprawdę bardzo nie lubiła.
2. Facet, który nigdy nie wyszedł z cienia młodszej siostry: to ona była „artystką”, zbierała pochwały i uwagę rodziców. Do czego to doprowadziło? Przestał cenić siebie i innych – podejrzewam (tu tylko podejrzewam), że ten gość w lustrze też go nie zachwycał… jak i każdy inny człowiek…. bo nikt nie był dość idealny.
3. Mamy jeszcze dwoje młodych ludzi – kompletnie niezależnych od siebie: dwie różne historie, a jednocześnie bardzo bardzo podobne. Oboje wskutek choroby stracili część możliwości – pewne sprawy zaczęły przychodzić im z większym trudem. Już nie jest tak jak dawniej – nie są tak idealni jak kiedyś, jak to sobie zapamiętali. Sfrustrowani szukają wyjścia z tej sytuacji – nie zawsze to wyjście jest właściwe… albo możliwe.
4. Kto jeszcze? Aaa no tak – mąż swojej żony. Ona jest błyskotliwa, żywiołowa, dusza towarzystwa, której wszędzie jest pełno. Robi karierę, podróżuje, żyje – a on? Wyciszony, mniej towarzyski, nudziarz? Z własnej perspektywy i owszem – i znowu nie lubi tego kogoś w lustrze.
Pięć historii – sześć osób (licząc romantycznego Pana Deadpoola),  które łączy brak zaufania… każda z tych osób ma lub miała kogoś, kogo kocha lub kochało i nie zaufało, że miłość to coś więcej niż uwielbienie dla urody, osiągnięć, intelektu, efektowności… że miłość jest ponad to wszystko. Zapominamy, że osoby, które zdecydowały się dzielić z nami życie nie są tylko „na dobre”, bo wtedy wszystko rozpada się jak u tej młodej mężatki. Ona akurat życie poukładała sobie (albo i nie) dopiero kiedy odpuściła z byciem idealną a zaczęła być sobą i, przynajmniej trochę, polubiła tego głupola w lustrze. Nie jesteśmy idealni, ale tak bardzo chcemy być, że tracimy w tym siebie… i wtedy przestajemy się lubić. Za mało ufamy naszym bliskim, bo oni (jeśli naprawdę są bliscy) kochają nas takimi, jakimi jesteśmy, a nie wyobrażenia o nas. Pani Deadpool-owa nie kochała bużki Rayana Reynoldsa tylko swojego faceta, rodzice z reguły kochają swoje dziecko bez względu na jego osiągnięcia (a jeśli nie – pora na leczenie), młodzi ludzie z trzeciej historyjki też mają kogoś dla kogo są wszystkim bez względu na wszystko, a mąż-swojej-żony jest dla niej oparciem, stałym elementem i miłością życia… tylko czy na pewno o tym pamiętamy? Może warto by było sobie przypomnieć? Zanim rozwalimy sobie życia?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pisać każdy może.

20 lut

Aczkolwiek chyba nie każdy powinien. Jednym z powodów, dla których nie popełniłam jeszcze wielkiej powieści, epopei narodowej, klasyka literatury światowej jest świadomość, że do takiej działalności to ja się zdecydowanie nie nadaję. Nie twierdzę, że dzieła pisanego (poza oczywiście ukochanym blogiem) w życiu nie popełnię, ale na 100% (no 99%) nie będzie to wielka filozoficzno-obyczajowo-naukowa praca – bo po prostu czegoś takiego bym zrobić nie umiała. Taka sobie właśnie świadomość umiejętności własnych. Świadomość, której najwyraźniej brakuje niektórym „redaktorom”, „dziennikarzom”, „twórcom” – dlaczego w cudzysłowiu? Ano bo mowa tutaj o „redaktorachonetu” tudzież innej wirtualnejpolski, pudelka, itd.

Jako, że ostatnio w naszym świecie każdy może wszystko i jeszcze można mu wmawiać, że talent ma wielki i to taki, którym należy się dzielić, powstają potworki – nie da się wejść na portal internetowy, żeby nie trafić na „artykuły” (przepraszam – znowu cudzysłów, ale inaczej się nie da) najeżone: błędami stylistycznymi, składniowymi, ortograficznymi i logicznymi. Bardzo często wszystkim na raz – w jednym zdaniu. Potworki krzyczą zdjęciami, które nie mają nic wspólnego z treścią pod nimi, newsami, które mają wyglądać zachęcająco (a że nic tak nie zachęca do czytania jak skandal, afera, seks, zbrodnia, zdrada, biust i wpadka), to po kliknięciu okazuje się, że nie dość, że nie na temat to jeszcze zawierają „newsy”, które średnio rozgarnięty użytkownik Wikipedii zna od dawna (właściwie jak jest średnio rozgarniętym użytkownikiem takiego zabytku jak papierowa encyklopedia to zna je od jakiś 20 lat, no ale o takich dziwolągach to lepiej nie wspominajmy). Każdy pisze co tylko chce – bez względu na treść, formę i „strawność” swoich dzieł, a onety, wirtualne i inne to publikują – najwyraźniej bez czytania… a potem i ja czytam, że jak będę jeść cynamon, morwę i jakieś-tam-tabletki na nadciśnienie to mi cukrzyca przejdzie… i że w rurkach (spodnie takie, a nie element kanalizacji) nie powinnam uprawiać sportu ani ogródka. Kochani Redaktorzy – serdecznie Wam dziękuję, bo bez tej wiedzy moje życie byłoby kompletnie do niczego.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czy używanie mózgu boli?

18 lut

Świeżo po lekturze artykułu na temat oszukiwania Mas przez paskudny, niegrzeczny i w ogóle przemysł spożywczy dochodzę do przykrych wniosków. Po raz kolejny. Człowieki nie myślą. Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że TRZEBA im TŁUMACZYĆ, że to, że w reklamie uśmiechnięta rodzinka zażera się nutellą to nie znaczy, że jest to najgenialniejszy sposób na zdrowe śniadanko… jak również słodzone płatki, kaszki i inne takie. To jest REKLAMA. Trochę tak jak z reklamami banku – „rata tylko 75zł” aaaanooo – tylko, że tych rat jest… no tego … bardzo dużo (bądźmy kulturalni).  Myślenie boli – ludzie łykają „gotowe rozwiązania” bezmyślnie i przyjmują je za pewnik – i wcale tu nie jestem tak święta. Gotowe rozwiązania są super – proste, wygodne i nie wymagają użycia tego bezsensownego czegoś pod czaszką. Tylko, że ja się staram… jak mogę … i mnie chwilami trzepie jak widzę Mamusie karmiące dziecko „kulkami królika” na śniadanie, bo to przecież taaakie zdrowe albo pojące „soczkami”, które z soczkiem to za wiele wspólnego nie mają (znaczy mają mnóstwo cukru – na hipoglikemię świetne). Ja nie jestem ekooszołomem – jak słowo daję jestem totalnie pizzo i parówkożerna. Kocham aspartam za to, że mi cukru nie podnosi, ale … no właśnie ale – zrobienie owocowego jogurciku zajmuje jakieś 30 sekund, przeczytanie drobnego druczku pod reklamą kredytu też… tylko po co?  Łatwiej potem marudzić i protestować …

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii